Prof. Jan Hartman zwykł zarzucać księżom, że są w Polsce agentami obcego państwa (mianowicie Watykanu) lub też że nie wykazują należytego patriotyzmu, przedkładając prawo kościelne nad prawo polskie.
W związku z ostatnią popularyzacją wśród środowiskach wolnościowych idei demokracji bezpośredniej (koalicja Partii Libertariańskiej z Demokracją Bezpośrednią i Partią Piratów) oraz po części liquid democracy (jako narzędzia służącego do usprawnienia procesu decyzyjnego), byłem świadkiem kilku dyskusji na temat wyższości demokracji nad monarchią, lub na odwrót. Zasadniczym pytaniem jest, który z tych systemów jest lepszy dla wolności. Moją odpowiedzią jest: ani to, ani to - wszystko zależy jedynie od ludzi.
Śledząc pewne tendencje na świecie odnoszę czasem wrażenie, że Kościół katolicki jest jedną z najbardziej znienawidzonych instytucji. Wystarczy spojrzeć na to, w jaki sposób bywa on przedstawiany w mediach i popkulturze (pedofilia, ciemnogród, etc.), jak bardzo oczerniana jest jego historia (do tego stopnia, że nawet niektórzy katolicy się jej wstydzą i próbują się jakoś niemrawo tłumaczyć, choć gdyby ją znali, powinni być raczej dumni) i jak bezmyślne, antyklerykalne trendy panują wśród ludzi młodych (i nie tylko), gdzie krytyka Kościoła stała się po prostu modna. Niewiele przy tym uwagi poświęca się dokonaniom tej instytucji, zwracając uwagę co najwyżej na swego rodzaju kościelnych celebrytów, do jakich można zaliczyć obecnego papieża (nie twierdzę bynajmniej, że to źle), którzy rzekomo wyciągają Kościół z otchłani grzechu i ciemności. Niemniej jednak, moda na myślenie typu Kościół-zacofanie, laickość-postęp, jest czymś powszechnym. Część katolików przy tym wszystkim spuszcza głowy, przyjmują konformistyczną postawę, pokornie zbierając wszystkie gromy i nie walcząc o swoje racje, a co gorsza, czasem przyłączając się do antyklerykalnego chóru (dotyczy to też niektórych księży), skąd pomysły w stylu „teologii wyzwolenia”, etc.
Podejrzewam, że zamieszanie z gender, z jakim ostatnio mamy do czynienia, dla wielu jest męczące i irytujące. Feministki do papieża listy piszą, politycy powołują zespoły parlamentarne, prawica uparcie obstaje przy „ideologii gender”, czego lewica nie jest w stanie ścierpieć, równie uparcie nazywając gender „nauką”. Przeciętnemu obserwatorowi zapewne ciężko się w tym połapać. Dla jednych to przyszłość i nowoczesność, dla drugich totalne „spedalenie” i upadek cywilizacji łacińskiej. Czym to więc jest?