W związku z ostatnią popularyzacją wśród środowiskach wolnościowych idei demokracji bezpośredniej (koalicja Partii Libertariańskiej z Demokracją Bezpośrednią i Partią Piratów) oraz po części liquid democracy (jako narzędzia służącego do usprawnienia procesu decyzyjnego), byłem świadkiem kilku dyskusji na temat wyższości demokracji nad monarchią, lub na odwrót. Zasadniczym pytaniem jest, który z tych systemów jest lepszy dla wolności. Moją odpowiedzią jest: ani to, ani to - wszystko zależy jedynie od ludzi.
Są to tylko sposoby podejmowania decyzji, które z wolnością mogą mieć coś wspólnego, ale nie muszą. Występowały w historii piękne i wolne monarchie, ale były też zbrodnicze tyranie. Również demokracja przynosiła ludziom upragnioną wolność (np. w Stanach Zjednoczonych, do których uciekano w poszukiwaniu szczęścia i bogactwa, gdyż wobec powszechnej równości względem prawa oraz nieskrępowanego wolnego rynku dawały one imigrantom niemal nieograniczone możliwości), jednak z drugiej strony możemy się obawiać, że prowadzi nas ona dziś do czegoś, co można nazwać Rządem Światowych, czyli koszmarem wszystkich libertarian. Nawet Stany Zjednoczone pogrążają się w zgubnych ideologiach marksistowskich, a w niektórych krajach o wysoce rozwiniętej demokracji, takich jak Szwecja, wolności jest bardzo mało (oczywiście jednostki cieszą się tam wysokim stopniem swobody działania, jednak jest to wolność pod kontrolą państwową, uciążliwa dla osób, które nie wpasowują się w opiekuńczy system). Pomijam fakt, że większość krajów komunistycznych ma u swych korzeni dążenie do demokracji, choć same w sobie z tzw. „władzą ludu” nie mają kompletnie nic wspólnego, gdyż są to zwykłe dyktatury.
W gruncie rzeczy, nie jest najważniejsze, jak sprawowane są rządy, ale ile tych rządów jest. Władza deprawuje i demoralizuje każdego, niezależnie od tego, od kogo pochodzi – dana przez lud, czy też wywalczona w krwawej grze o tron. Problem następuje w momencie, gdy dana jednostka może decydować o czymś, co jej samej nie dotyczy, lub też kiedy nie musi ponosić odpowiedzialności za swoje decyzje (tutaj widzimy przewagę monarchii stanowej nad demokracją przedstawicielską, która zaś z powodu rozmytej odpowiedzialności ma tendencję upodabniać się do monarchii absolutnej). Takiej jednostce wolno wtedy ustanowić totalnie szkodliwe prawo, nie przejmując się przy tym, że inni będą cierpieć z tego powodu (np. urzędnicy w Brukseli swobodnie ustanawiają absurdalne normy i regulacje, czerpiąc z tego olbrzymie profity i utrudniając przy tym życie różnym drobnym przedsiębiorcom).
To samo, niestety, może dotyczyć też tak zwanego „ludu”. Np. ruchy typu „Occupy Wall Street”, feministki, związki zawodowe, obrońcy praw człowieka, etc. mają zwykle bardzo „pasożytnicze” nastawienie. Czytając ich postulaty aż razi w oczy od powtarzającym się „chcemy”, „żądamy”, „domagamy się”. Pokolenie typu „daj, daj, daj”. Ci ludzie czasem rzeczywiście zostali niesprawiedliwie potraktowani przez prawo lub przez system (choć ich liderzy to zwykle sprytni manipulatorzy). Jednak w momencie, gdy dojdą już do władzy, schemat powtarza się zawsze ten sam – obsadzają wszystkie dostępne stanowiska swoimi poplecznikami, wprowadzają korzystne dla siebie prawa, obsypują się przywilejami, kompletnie nie zważając przy tym na całą resztę społeczeństwa. Tworzą tym samym kolejne grupy pokrzywdzonych, którzy znów muszą walczyć o władzę dla siebie (i strącenie tamtych ze stołków), żeby zdobyć swoje własne prawa i przywileje. I trwa to tak w nieskończoność – ot, istota współczesnej demokracji.
Tym samym jedyną drogą, aby zamknąć ten obłędny krąg, jest totalna decentralizacja. Pozwolić ludziom decydować o tym, co dotyczy ich bezpośrednio, z czym spotykają się zaraz po wyjściu z domu. Im większa możliwość decydowania na szczeblu lokalnym, niezależnie od centralnego rządu, tym mniejsze pole do nadużyć i większa możliwość wpływania na własny los, bez ingerencji w życie innych. Jeśli włączymy w to wszystko prawo do secesji i swobodnej migracji, to nie ma wtedy tak wielkiego znaczenia, czy taka społeczność wybierze sobie króla lub przywódcę religijnego (jeśli jest to społeczność np. w rodzaju Amiszów), czy też zapanuje w niej jakiś anarchiczny porządek. Faktem jest, że każdy taki system będzie można bardzo szybko zmienić, bez przeprowadzania rewolucji na skalę całego kraju.
Należy jednak zauważyć, że w obecnych realiach, kiedy bardzo ciężko jest stwierdzić, kto jest prawowitym właścicielem czego, proces demokracji bezpośredniej (lub jeszcze lepiej liquid democracy) wydaje się być dobry do rządzenia takimi lokalnymi wspólnotami, które siłą rzeczy nie są w stanie wszystkiego sprywatyzować i muszą posiadać jakieś dobra wspólne (ulice, szkoły, spółdzielnie, place zabaw, etc). Oczywiście żaden wolnościowiec nie może zgodzić się na to, aby większość odebrała jednostce jakieś fundamentalne prawo – jeśli, dla przykładu, w skali całego kraju 2/3 niepalących zadecyduje, że palenie papierosów ma być definitywnie zakazane, to pozostała 1/3 ma jak najbardziej moralne prawo odrzucić tę decyzję (co oczywiście w skrajnym przypadku może doprowadzić do wojny). Tym samym takie decyzje, nawet demokratyczne, są niedopuszczalne. Jednak kto ma zadecydować, czy wolno palić pod blokiem, albo na klatce schodowej, jeśli nie mieszkańcy tego bloku? Kto ma zadecydować, czy w szkole ma być uczone gender czy katecheza, jeśli nie rodzice chodzących tam dzieci?
Wolność jednostki jest tym samym o wiele większa, gdyż nawet jeśli większość mieszkańców zabroni palić na klatce, nieszczęsny palacz może po prostu sobie pójść tam, gdzie wolno i nie będzie to dla niego tak uciążliwe. Jeśli komuś nie podoba się program danej szkoły, zwyczajnie przepisze dziecko do innej. Takiego wyboru nie ma, jeśli dana decyzja podejmowana jest centralnie, w skali całego kraju. Dlatego drogą do wolności jest decentralizacja.
Autor: Wojciech Mazurkiewicz (staraprawda.com)
Komentarze:
Dodaj komentarz